Michał Hankus

Marcel Duchamp- swoiste l”enfant terrible i prorok w jednej osobie, od stu lat pobudza wyobrażnię oraz wywołuje rozmaite kontrowersje. Jego osoba, pomimo upływu czasu, nieustannie pozostaje żywotnym wątkiem wielorakich dyskusji na temat kondycji sztuki współczesnej, ba… dysput o stanie cywilizacji i samej ludzkości w ogóle. Ów skandalista- zdolny manipulant i inspirator wielu inicjatyw, których finału zapewne nie był do końca świadom; surowy obserwator rzeczywistości, celnie smagający otoczenie giętkim biczem sarkazmu i zapierającej niekiedy dech w piersiach szczerości- stał się ikoną. Obrazoburca, szyderca bezlitośnie rozprawiający się z zastanymi, wygodnymi układami i układzikami; z upodobaniem wkładający kij w mrowisko wszędzie tam, gdzie się pojawił, stal się dla wielu guru, swoistym świętym. Nowa, pełna sprzeczności ikona stała się nie lada problemem. Odrzucający autorytety, sam stał się autorytetem. Wielu podążyło drogą samozwańczego proroka. Czy tak miało być? Czy przypadkiem ów pęd za prorokiem nie przerodził się w groteskowy pochód ślepców? Czy przypadkiem nie staliśmy się ofiarami inteligentnie skonstruowanego żartu?
Z tego typu pytaniami probuje zmierzyć się Bogumił Książek, otwarcie deklarujący ambiwalentny stosunek do „mistrza”. Wprawdzie przyznaje się do fascynacji jego osobą; jego „bezczelną” siłą oddziaływania i czarowania innych. Podziwia jego odwagę, intelignecję i otwartość myśli, faktycznie wybiejących dalego w przyszłość względem jemu współczesnych. Jednocześnie wyczuwa dysonans burzący wizję pomnikowaego ideału. „Maska proroka” opada, jeśli ironię Duchampa rozumieć jako swoisty strach przed otaczającą go rzeczywostością; jako wyraz niepewności wobec samego siebie.
Seria prac Bogumiła Książka poświęcoma osobie Duchampa, to swoisty zbiór portretów wielkiego guru sztuki współczesnej. Obok haseł i elementów powszechnie znanych prac, jedyną ludzką cząstką są oczy wpatrzone uważnie w widza. To wzrok młodzieńca, dorosłego mężczyzny i starca, jakże uczciwie wyrażąjący uczucia, w tym niepewność, strach i zrezygnowanie. Wyimaginowane wizerunki pokazują poradoksalnie prawdę o człowieku. Ikona zostaje odarta z boskości; widzimy człowieka takiego jak my…. ze swoimi słabościami i obawami. Żart z artysty okrutnie żartującego z ludzkości przestaje nagle świeszyć i skłania do zastanowienia się nad samym sobą i regułami otaczającej nad rzeczywistości.

Bernadeta Stano
Bogumił Książek Eneasz i Diogenes – konfrontacja mitu i realnej obecności
Bogumił Książek – malarz z krwi i kości, młody (ur. 1974) choć znany w środowisku, nie inter- i nie multimedialny. To rzadkość, nawet w Krakowie – mieście znanym z długiej tradycji malarstwa sztalugowego, w dodatku figuratywny i łączony z nurtem popartu. Może zbyt pochopnie? Krakowskie instytucje wystawiennicze przypominały w ostatnim okresie ten nieprzystający do polskich peerelowskich realiów kierunek kilkakrotnie, umieszczając go w tytule wystawy Lucjana Mianowskiego (Muzeum Narodowe 2012) czy eksponując grafiki Andy Warhola (Międzynarodowe Centrum Kultury 2012). Jeżeli nie „popartowskie”, to jakie jest to malarstwo Bogumiła Książka? Z pewnością magnetyzuje uwagę widza ferią barw i sposobów na usidlenie realnych bohaterów na malarskiej intuicyjnej płaszczyźnie płótna. Warto mu się przyjrzeć w kontekście trzech spotkań artysty z ludźmi i okolicznościami, których rangę podkreślił tytułem wystawy: Eneasz i Diogenes. Kraków – Acaya /Apulia południowe Włochy/. Kraków wystąpi w podwójnej roli – przestrzeni inspiracji i miejsca świętowania narodzin nowego cyklu.
Eneasz
Wspomnienie bohatera Eneidy i Iliady Eneasza wplotło się pomiędzy malarstwo Bogumiła Książka dzięki mieszkańcom miejscowości Acaya, którzy podzieli się z nim swoimi przekonaniami, przekazywanymi z pokolenia na pokolenie, o pobycie na ich terenach tej barwnej postaci. Czy uwierzył? Nie sposób przejść obojętnie wobec takich opowieści, szczególnie malarzowi, który właśnie szuka inspiracji, a w swojej biografii ma kilkuletni okres zamieszkiwania tego kraju, zna język i kulturę. Ale nie spodziewajmy się opowieści o przygodach i nadprzyrodzonych zdolnościach greckiego herosa, które znamy z fresków pompejańskich, manierystycznych płócien Federica Barocci, przesyconych erotyką rycin Agostino Carracci, czy luministycznych krajobrazów Claude Lorriana. Wyprawy Książka nie można też przyrównać do egzotycznych podróży Paula Gauguina. Okoliczności – wakacyjny upalny miesiąc – nie sprzyjają też by wiązać bezpośrednio ten cykl z tym, co kojarzy nam się z pojęciem pleneru: malowania in situ, w naturalnym zadanym zmiennym świetle. Obrazy Książka są migotliwe i szkicowe, ale cechy te nie wynikają z tych samych źródeł, co u impresjonistów. To „przypadkowe” ślady pędzla, pastelowe rysy, zachlapania, powstałe w pracowni, sygnatury artysty i nie tylko. Malarz dopuścił do obrazu dziecko. Nie sposób oddzielić tych dwóch duktów pisma. Spotykamy je także w obrazach Książka sprzed kilku lat, gdzie dziecko występuję nie tylko jako sprawca ale jako główny bohater. Nie powinno to dziwić, historia sztuki zna wielu twórców, którzy docenili spontaniczny niewyuczony rysunek, Paul Klee, Jean Dubuffet, a kilka lat temu Grzegorz Sztwiertnia w przeskalowanych kompozycjach na ścianach bytomskiej Kroniki. Znaki te stanowią dopełnienie i przeciwwagę do plam wyraźnie zakreślonych, pewnych, ukształtowanych zgodnie z zasadami kompozycji i malatury, opowiadających historie z życia wzięte. Wczasowicze nie zauważają intruza, obserwatora, ich wzrok jest daleko, odwróceni tyłem, wpatrzeni w dal, zajęci sobą. Są w transie, wolni, beztroscy, jak mieszczanie sprzed ponad stu lat na podparyskich kąpieliskach w obrazach Georgesa Seurata. Mogłoby paść pytanie, czy artysta nie powinien uciekać od banalnych sytuacji, pocztówkowych krajobrazów, bez cienia wzniosłości. Seurat radził sobie z tym dylematem poddając sceny rodzajowe tyrani puentylizmu. W tym przypadku mamy do czynienia z mieszanym językiem, hiperrealistyczne figury zawieszone zostały w wyszukanej niejednoznacznej toni błękitu, poprzetykanej znakami rodem z informelu i z wtrąceniami letteryzmu. Ten sprawdzony sposób, mieszanie konwencji, daje posmak surrealistycznego niedopowiedzenia, jednak mnie urzekły szczególnie małe kameralne scenki rodzajowe malowane techniką kazeiny. Transparentność plamy a jednocześnie możliwości modelunku światłocieniowego w gamie barw pastelowych stawia je gdzieś na pograniczu gwaszu i akwareli. Wydaje się, że zostały przed chwilą namalowane, są jeszcze mokre, zabrudzone piaskiem. Postacie tracą wolumen, przejmując jednocześnie rolę sztafażu. Czy gdy powstawały potrzebny był jeszcze pretekst Trawy meduzy Théodore Géricault, z którym artysta planował się zmierzyć się jadąc na tę wyprawę, lub Eneasz, do którego usiłowali go przekonać tubylcy? Plażowe klimaty towarzyszą mu od kilku lat. Zadaje się, że ciągle czuje niedosyt, poszukując techniki, tej niezastąpionej, jedynej, dla tego tematu.
Diogenes
Z Diogenesem historia jest odmienna. On był, a dla Książka jest nadal, konkretnym człowiekiem. W Szkole ateńskiej Rafaela widzimy filozofa w swobodnej półleżącej pozie na schodach, półnagiego, w niepełnym odzieniu. To miejsce dla niego odpowiednie, nie można go nie zauważyć, łatwo potknąć się o niego. Nie musi przekonywać słowem do swoich zasad, żyje nimi, hołdując wolności od dóbr materialnych (ubóstwu) i od panujących norm społecznych. Książek „potknął się” o Diogenesa w Krakowie, w Otwartej Pracowni, stąd prace wróciły właśnie w to miejsce. Wydaje się, że oczarował go ten człowiek, zawładnął jego wyobraźnią. Namalował go kilkakrotnie, raz w konwencji poruszonej fotografii, innym razem w meandrach plam, z rekwizytami, które w pierwszym momencie są niewidoczne: lampa – być może z jego plecaka; zwierzę – zapewne ukochany koń, zamyślonego, w typowej dla artysty niedopowiedzianej scenerii. Racje greckiego filozofa, cynika, podzieliło wielu wyznawców, choć na ulicach Aten powszechnie drwiono z niego. Czy naznaczony siwizną, obchodzony z niepokojem, bosonogi mężczyzna na Plantach coś o tym wie? Przestrzeń krakowskich Plant i Błoni, za dnia przecinana ścieżkami setek anonimowych zagonionych przechodniów, może być magiczna, przekonywali młodopolscy poeci pędzla, m. in. Wyspiański. Wystarczy rozlać szarości mroku, zasypać roziskrzoną bielą, zakopać w stertach niezagrabionych liści, obejść je bez celu, kilkakrotnie, ślizgając się wzrokiem po majaczących za drzewami omszałych murach. Czy jednak można tu zasnąć… Artysta „wychowany” w promieniach południowego słońca preferuje przejrzyste, nasycone światłem przestrzenie. W zieleniach ucieka od dosłowności drzew i trawy, wirujące kręgi fioletu i różu zdecydowanie odcinają się modela od „tu i teraz”.
W krakowskiej Pracowni Otwartej 14 czerwca 2013 doszło do spotkania tych dwóch światów realnego i wymyślonego. Wystawa to zawsze konfrontacja, nie tylko artysty i obrazów z gośćmi wernisażu. To także sytuacja koegzystencji dzieł w nowym wymiarze. Ich skala wystawiona zostaje na próbę konkretnego miejsca. Duże „morskie” obrazy olejne triumfują w przestronnej sali wystawowej, rozpychają się w ciasnym korytarzu. Prace papierowe, ulotne dyskretnie wypełniają wolne przestrzenie międzyokienne. Tyniecki Diogenes, Lech Krzewicki zwany Hermesem, by zobaczyć siebie, musiał wejść w głąb labiryntu galerii. W pomieszczeniu zwykle nieudostępnianym wisiały na wybielonych ścianach „jego” obrazy. Z pewnością czuł kątem oka rzucane w jego stronę, ukradkiem, spojrzenia publiczności. Grecki Diogenes zapewne wzgardziłyby takim malarstwem i konwenansami wernisażu. Jednak tutaj mamy człowieka, który nie zamawiając portretu, otrzymał go. Został wyróżniony, zyskał imię. Ponadto deklaruje zainteresowanie sztuką. W Pracowni Otwartej mógł przejrzeć się w chropawym i krzywym zwierciadle malarstwa, podczas gdy nam pozostałym dane było tylko utożsamić się z gromadami bezimiennych turystów.